O budzeniu swojej mocy osobistej


Jakieś 25 lat temu, będąc zalęknionym gówniarzem w ławie szkolnej często bałem się podnieść rączkę by podczas lekcji odpowiedzieć na zadane pytanie przez panią nauczycielkę. Dlaczego?

Ta rączka, nie podnosiła się często z kilku powodów. Wyśmieją nas koledzy jak coś palniemy nie tak. Zarobimy jedynkę, bo nasza odpowiedź nie była zgodna z kluczem odpowiedzi. W tamtych czasach nie było jeszcze kluczy odpowiedzi ale słuszna linia odpowiedzi z cyklu „to autor właśnie miał na myśli” a Ty, nie możesz myśleć inaczej. Po kilku bodźcach i zarobieniu niepochlebnych uwag z biegiem lat odwaga do podnoszenia swojej dłoni, nawet jeśli w duszy czuło się, że znamy odpowiedź, zaczęła topnieć coraz bardziej. Stawaliśmy się  biernymi uczniami byle odbębnić lekcje a później po powrocie do domu cisnąc plecakiem w kąt po czym, jak strzała wypaść na ulicę do kumpli np. udając się do naszych szałasów w lesie albo do piwnic, gdzie znajdowały się kąciki małych wynalazców montujących rozmaite urządzenia – np. wzmacniacz z radia albo kolorofon z żarówek i starterów od jarzeniówek. Co za radość, kiedy urządzenie po włączeniu do kontaktu zaczynało migać niczym prawdziwy kolorofon ze sklepu! Ależ byłem dumny, kiedy to koledzy przychodzili do mnie prosząc o schematy do skonstruowania podobnego urządzenia. Nie zawsze wychodziły za pierwszym razem ale jakże ważne było to, że podejmowaliśmy próby stworzenia czegoś od postaw. W poniedziałek, wstawaliśmy rano przed 7, by punkt 7:23 jechać miejskim autobusem do szkoły. I historia powtarzała się od nowa. Rączka małego innowatora chowała się najlepiej pod ławką, grzebiąc w swych małych swędzących jąderkach, bo po ekscytującym weekendzie nie było czasu by dokładnie się umyć. Ale co tam. Łażenie po drzewach, konstruowanie rowerów, przerabianie motorynek i komarów czy radia na wzmacniacze mieliśmy obcykane do perfekcji. Nie ważne, że po drodze spieprzyliśmy kilka innych części czy urządzeń. Odkrywanie i konstruowanie nowych rzeczy było naszą codziennością. Gdzieś jednak po drodze, zaczęliśmy to gubić bo zaczynało do nas docierać, że zrobienie czegoś samemu zabiera za dużo czasu a majstrowanie w piwnicy nowych urządzeń…właściwie to już po co, idzie się do sklepu i kupuje i po sprawie. I tak oto, z każdym rokiem postępował proces odmóżdżania i zanikania odwagi do eksperymentowania i wymyślania czasami topornych choć działających konstrukcji którymi chwaliliśmy się przed kolegami podbijając też serca naszych koleżanek. Bo, która nie chciała się przejechać najbardziej wybajerzonym rowerem na ulicy? Z biegiem czasu staliśmy się coraz bardziej wygodni a wielu małych innowatorów po prostu „umarła”.

Nasze łapki grzebią teraz w nieco większych jąderkach i nieco głębszych kieszonkach nieco większych spodenek kupowanych w sklepach z tanią odzieżą. Gdzieś nam wyparowała odwaga do zgłaszania swoich propozycji. Gdzieś nam wyparowała odwaga do poniesienia czasami konsekwencji za popełniane błędy na drodze odkrywania czegoś nowego. Dzisiaj, jeśli przez te lata pozostało coś z tego małego, skręconego gówniarza, który cisnąwszy w piątek teczką w kąt przez weekend zamieniał się w najbardziej aktywne stworzenie eksplodując życiem i energią to w zasadzie cud – zamienialiśmy ulicę w prawdziwy poligon dla treningu kreatywności i odwagi. Budowaliśmy skocznie narciarskie i skoczenie dla rowerów. Zjeżdżaliśmy z drzew i na tych drzewach budowali szałasy a w pobliskich gąszczach urządzali dyskoteki! Szwędaliśmy się po okolicach do upadłego, aż wyczerpywaliśmy wszystkie pomysły na dany wieczór lub weekend.

Z biegiem lat, nasze rączki nie są już tak odważne i skore do podnoszenia. Nasze nogi już tak szybko nie biegają i już dawno nie budujemy szałasów na drzewach. Ogarnęło nas cholerne wygodnictwo a realizując niemal każdą naszą zachciankę lecimy do sklepu. A może tak odnowić nasze pracownie w piwnicach? Wyciągnąć stare rupiecie i jak za dawnych czasów zmajstrować coś nowego? Tak dla treningu kreatywności! Ale czyż z biegiem lat nie zapomnieliśmy o tym?

Obudź w sobie olbrzyma. Za każdym razem, kiedy sięgam po tę pozycję przypominam sobie tego zalęknionego gówniarza, który w weekend ciskał teczką w kąt. Staje przed lustrem i pytam siebie, czy nie zgubiłem w sobie tego, co dzisiaj jest tak bardzo bezcenne! Dzikości i nieskrępowanej radości z odkrywania czegoś nowego. Odwagi, by czasami spaść z roweru czy drzewa. Zadrapać sobie kolana czy w bójce czasami zarobić od kumpla w zęby! Czułem się wtedy jak mały wojownik, który walczył o swoją pozycję na swoim terytorium. Na naszych ulicach i skwerach. Byliśmy wtedy małymi liderami, którzy organizowali sobie życie i rozrywkę bez żadnych urzędów i dyrektyw. Po prostu byliśmy małymi pierwotniakami, które same dla siebie tworzyły mały fascynujący świat. To były „Cudowne lata” – jak tytuł słynnego serialu.

Stań dzisiaj przed lustrem i zapytaj siebie ile pozostało w Tobie z tego małego barbarzyńcy, który kropelkami krwi i potu wyznaczał swoje terytorium i odkrywał piękno świata. Nieskrępowane i pełne możliwości przestrzenie w której prawie nie było rzeczy niemożliwych. W tamtych czasach, przesuwaliśmy te granice tak bardzo, jak się tylko dało. I tak właśnie wyglądało nasze budzenie w sobie olbrzyma. Ile dzisiaj z niego w nas zostało?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s